Wyruszyłem z Zoutkamp. To miała być zwykła pętla wokół Lauwersmeer – wycieczka wśród wody, trzcin i otwartych przestrzeni północy. Cisza, wiatr i dzika natura towarzyszyły mi przez całą drogę.


Ale życie potrafi zaskoczyć. W De Skâns Oostmahorn zaczepiła mnie starsza kobieta z nietypową prośbą – jej telefon wpadł do wody, gdy wysiadała z łodzi. Pomyślałem, że wystarczy zdjąć buty i wejść do płytkiej zatoczki. Szybko jednak okazało się, że to misja specjalna: z grobli zeszliśmy na stare, drewniane molo, a tam – wielka, zaniedbana łódź i ciemna, głęboka na ponad 2,5 metra woda. Próbowałem pomóc podbierakiem, ale bez specjalnego sprzętu nie było szans. Musiałem przeprosić starszą panią i pojechać dalej.

Szlak wiódł mnie dalej przez National Park Lauwersmeer – obszar, który kiedyś był zatoką Morza Wattowego, ale po wielkiej powodzi w 1969 roku został odcięty i przekształcony w słodkowodne jezioro z unikalną przyrodą.


To raj dla ptaków – ponad 100 gatunków znajduje tu schronienie. Na wodach i w trzcinowiskach można wypatrzeć bieliki (symbol parku), gęsi zbożowe, bernikle białolice, a nawet rzadkiego błotniaka stawowego. Na łąkach pasą się dzikie konie koników polskich, które widziałem przy brzegu – spokojne, wolne, pięknie wpisane w krajobraz.

Port w Lauwersoog tętnił życiem. Kolorowe kutry rybackie, zapach morza i wiatr przypomniały mi, jak blisko tu do morza. W drodze powrotnej natrafiłem jeszcze na piękną klasyczną MZ Trophy z wózkiem bocznym, a chwilę odpoczynku dał mi stalowy kadr z sylwetką orła na tle rozlewisk Lauwersmeer.



To był dzień pełen prostych chwil, nieoczekiwanych przygód i tej cudownej wolności, którą daje samotna rowerowa wędrówka. Po prostu „tam, gdzie droga idzie przed siebie”.
– uciekam dalej, zanim mnie dogoni świat