Są takie poranki, które nie chcą się spieszyć.
W których światło wisi w powietrzu jak leniwy zapach kawy, a cień kładzie się na drodze z łagodnością kota.

Dziś ruszyłem wcześnie.
Trochę dla ruchu, trochę dla siebie. Ale najbardziej — dla tej ciszy, która otula, kiedy miasto jeszcze śpi, a wiejski asfalt prowadzi przez odbicia drzew w wodzie.

Kanały w Oude Pekela wyglądały jak naciągnięte nitki — lśniące, spokojne, nieporuszone. Mostki skrzypiały pod kołami, wiatr ledwo tknął liście wierzb. To była pętla przez Winschoten, Nieuwe Pekelę i z powrotem — 32 kilometry niedopowiedzeń, spojrzeń rzeźb i oddechów w rytmie kadencji.

Spotkałem grupę kolarzy — kolorowe sylwetki sunące po asfalcie jak strumień. Inny świat niż mój, ale przez chwilę byliśmy razem, połączeni tym samym ruchem przed siebie.

Zatrzymałem się na moście. Rower oparł się o drewnianą poręcz, a ja oparłem się o chwilę. To był dobry moment. Nie po to, żeby coś udowodnić, ale żeby po prostu być.
– uciekam dalej, zanim mnie dogoni świat