Przymiarka do holenderskiej dwusetki

To była przymiarka do holenderskiej dwusetki. Nie zakładałem z góry, że uda mi się ją przejechać, ale miałem plan: po prostu jechać przed siebie, a w razie czego obrać kierunek w stronę domu. Gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się myśl, że dam radę — jeśli tylko po drodze nie wydarzy się nic niespodziewanego.

Zaczęło się zwyczajnie. Kanapki w plecaku, bidony pełne, a rower gotowy do drogi. Już po kilku pierwszych kilometrach poczułem, że jestem w drodze — czyli w tym stanie, który lubię najbardziej. Ciało powoli oswajało się z rytmem jazdy, a ja patrzyłem, jak mijają kolejne kilometry. Dziesięć, dwadzieścia… Przy dwudziestym piątym wiedziałem już, że wpadłem w rytm. Podświadomie czułem, że to będzie udana i długa wycieczka. Ale czy pęknie dwusetka? Zobaczymy.

Morale rosło z każdym kilometrem. Nie pędziłem — jechałem spokojnie, robiłem zdjęcia mijanych okolic. Nie przeszkadzał mi silny wiatr, wiejący z każdej strony na otwartych polderach. Nawet nie spoglądałem z niepokojem na niebo. Będzie padać? Nie będzie? Kto by się tym przejmował. Leciutka mżawka czy kilka kropel wody mnie nie powstrzyma.

Część trasy już znałem — droga wyznaczona na mapie przecinała się z tymi, którymi jechałem na początku roku. Z każdym kolejnym kilometrem jednak pogoda się załamywała. Mżawka, która początkowo była tylko tłem, przerodziła się w ulewę. Deszcz z szalejącym wiatrem ciął mnie z każdej strony. Wiedziałem już, że nic nie będzie z holenderskiej dwusetki.

W samym deszczu jechało się całkiem fajnie, ale nie byłem przygotowany na taką ulewę. Przemoczony do suchej nitki, choć nie zmarznięty — bo rowerowe ciuchy, mimo wszystko, grzały wyśmienicie — obrałem najkrótszą drogę do domu. Ostatnie dwadzieścia kilometrów przejechałem w deszczu.

Nie była to jednak walka o przetrwanie ani szybki odwrót. Nawet przez chwilę nie pomyślałem: „co ja tu robię?”. Wręcz przeciwnie — podziwiałem tę kapryśną, holenderską pogodę i wiedziałem, że to ostatni deszcz, który mnie w życiu powstrzymał.

Nie ma złej pogody — są tylko ludzie źle ubrani. Ja po prostu nie byłem przygotowany na taką ulewę. A mimo to jechało się świetnie — może właśnie dzięki głowie i temu, że lubię patrzeć, jak znikają kilometry.

Jedno jest pewne: muszę poszerzyć swoją rowerową garderobę o ubrania na taką właśnie pogodę. Następnym razem nic nie zostawię przypadkowi ani łutowi szczęścia. Na kolejną próbę holenderskiej dwusetki będę już przygotowany.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry