Ostatnio coraz częściej łapałem się na tym, że muszę wybierać. Albo rower i kilka znikających kilometrów albo wędkarstwo i dzień nad wodą.
Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy podczas rowerowych wycieczek po Holandii zacząłem mijać dziesiątki kanałów. Co chwilę trafiało się miejsce, które aż prosiło się o kilka rzutów pod przeciwległy brzeg. W głowie od razu pojawiała się myśl, że gdzieś pod trzcinami może stać szczupak, a przy filarach mostku kręci się mały pasiasty bandyta.
I wtedy wpadłem na prosty pomysł.

Spinning travel, który po złożeniu mieści się do plecaka, małe pudełko z kilkoma sprawdzonymi przynętami i problem zniknął. Nie muszę już wybierać między rowerem a wędkarstwem. Jadę przed siebie, a kiedy trafi się obiecująca miejscówka, zatrzymuję się na chwilę i oddaję kilka rzutów.

Czasem nic się nie wydarzy. Czasem zamelduje się mały okoń, a może nawet szczupak. Ale to nie ma większego znaczenia. Liczy się sama możliwość zatrzymania się w ciekawym miejscu i dodania do rowerowej wyprawy jeszcze jednego małego elementu przygody.

Wygląda na to, że znalazłem swój złoty środek.
Teraz moje rowerowe wyjazdy będą bogatsze nie tylko o kolejne kilometry znikające pod kołami, ale też o ryby, na które przy okazji zapoluję.
