Wiatr dziś grał pierwsze skrzypce – chłodny, dziki, uderzał z każdej strony, jakby chciał mnie zatrzymać na otwartym polderze. Nad głową kłębiły się ciężkie chmury, ciemne i posępne, a ich cień spływał na krajobraz niczym groźba. Kilka kropel deszczu próbowało mnie zawrócić, lecz to tylko dodało smaku drodze. Bo są takie chwile, kiedy każdy podmuch i każda kropla stają się częścią przygody – a nie powodem, by zawrócić.

W ten sposób dotarłem do miejsca, w którym znajdował się cmentarz na pograniczu brzegu a wody. Z początku myślałem, że to może symboliczne tablice pamiątkowe po rybakach, którzy utonęli w morzu, ale prawda okazała się zgoła inna.


Wiatr przywiał mnie do Oterdum – wsi, której już nie ma. Jeszcze w połowie XX wieku mieszkali tu ludzie, stał kościół, rozciągały się pola. Jednak morze i człowiek zadecydowały inaczej. Aby chronić okolicę przed wodą i zrobić miejsce dla przemysłu w Delfzijl, wały podwyższono, a Oterdum zniknęło z mapy.

Pozostał tylko cmentarz.

Nagrobki, które dziś leżą na skarpie, to jedyne świadectwo tego, że istniała tu społeczność – rybacy, rolnicy, rodziny, zwyczajne życie. Spacerując między nimi, miałem wrażenie, że stoją jak kamienne głosy dawnych mieszkańców. Imiona i daty, wyryte ponad sto pięćdziesiąt lat temu, patrzą w stronę morza, które było błogosławieństwem i przekleństwem.

Tam, gdzie kiedyś stał kościół, wznosi się dziś rzeźba – dłoń Oterdum. Wyciągnięta ku niebu, jakby próbowała ocalić pamięć o miejscu, którego już nie ma.
Dzisiejsza wycieczka rowerowa po raz kolejny uświadomiła mi, że jazda na rowerze to nie tylko kilometry i krajobrazy, ale także historia – ta zapisana w kamieniu, wiatrem niesiona, wciąż obecna w miejscach, których już nie ma.

– uciekam dalej, zanim mnie dogoni świat