Kilka lat temu po prostu brałem spinning i szedłem nad wodę szukać okoni albo szczupaków. Regularnie zdarzały się też kilkudniowe zasiadki z feederem czy spławikiem. Potrafiłem sam przesiedzieć noc obserwując wodę i czekając na drgnięcie szczytówki. Uczyłem się rzeki, ryb i miejsc, które z czasem stały się „moimi”.
I nagle to zniknęło.
Nie pamiętam kiedy. Po prostu któregoś dnia przestałem chodzić.
Przez kolejne lata sprzęt tylko przekładałem podczas sprzątania. Bez emocji.
Ostatnio jednak coś ruszyło. Otworzyłem pudełka z przynętami. Kolory, kształty, stare woblery.

Nagle przypomniałem sobie jak to było być nad wodą.

Sprawdziłem wędki, kołowrotki, nawinąłem plecionkę i zajrzałem kiedy ostatnio opłaciłem kartę. Zdziwiłem się jak szybko minął czas.
Nie pamiętałem kiedy przestałem łowić, ale pamiętałem uczucie kiedy się łowi. Stan w którym nic poza tą jedną czynnością nie istnieje. Nie ma pracy, telefonu ani planów. Jest tylko rzut i woda.
To samo czuję czasem w górach zimą albo jadąc rowerem daleko od miasta. Bycie tu i teraz.
W końcu złożyłem travelową wędkę, wrzuciłem pudełko do plecaka i nie mogłem zasnąć pół nocy oglądając wędkarskie filmy. Dwa dni później poszedłem nad wodę. Zima, ryba ospała, warunki trudne.

Ale coś się zmieniło.
Nie zrobiło się cieplej na zewnątrz, tylko we mnie.
Wiedziałem, że powinienem był otworzyć te pudełka dużo wcześniej.
Do zobaczenia nad wodą.