W zeszłym roku „Instynkt Łowcy” pachniał kurzem z leśnych dróg, potem i rowerem opartym o przypadkowy przystanek gdzieś między „jadę dalej” a „zobaczę co jest za zakrętem”.
Był we mnie wtedy pierwiastek podróżnika. Ciągły ruch. Kilometry. Szukanie nowych miejsc.
A teraz?

Cisza. Pomost. Kubek kawy. Wędka oparta o podpórki i obserwowanie tafli wody przez pół dnia.
Instynkt został ten sam. Zmieniło się tylko to, czego szukam.
Kiedyś goniłem drogę. Dziś bardziej interesuje mnie moment, kiedy spławik delikatnie znika pod wodą albo gdy okoń wyskakuje z trzcin jak mały bandyta.

I chyba pierwszy raz od dawna naprawdę umiem usiedzieć w miejscu.