Nie każda woda chce być odwiedzana. Niektóre trzeba najpierw zdobyć.

Spinning w ręce, pudełko z przynętami w plecaku i prosty plan. Rekonesans wzdłuż Westerwoldsche Aa w północnej Holandii.

Wszystko zapowiada się dobrze. Idę w nieznane, chociaż miejsce, z którego zaczynam, nie jest mi obce. To nie moja pierwsza wizyta nad tą rzeką. Holandia słynie ze szczupaków, a tutaj miałem już jedno mocne uderzenie. Kilka okoni też zdążyło zameldować się na haczyku. Jest więc nadzieja, że i tym razem coś ciekawego czeka pod wodą.

Poprzednio przyjechałem z castingiem. Wędka z multiplikatorem, duże gumy i nastawienie na sandacza łowionego z opadu albo szczupaka stojącego przy brzegu. Tym razem postanowiłem łowić lżej. Zwykły spinning, kilka małych gum i kilka woblerów.

Po drodze mijam dwóch wędkarzy. A właściwie to oni mijają mnie. Płyną pontonem, na którego burcie stoi kilka spinningów ustawionych równo jak żołnierze na apelu. Są oni, miejscowi. Jestem i ja. W głowie tylko jedna myśl. Może to właśnie tutaj czeka ta ryba, dla której warto było przyjechać.

Pierwsze metry są obiecujące. Sprawdzam, czy są okonie. Widzę, że woda żyje. Pod powierzchnią kręci się drobnica. Skoro jest ona, będzie i drapieżnik. A zaraz za nim ja i moje przynęty. Początek zapowiada się naprawdę dobrze.

Jednak czym dalej w las, tym bardziej ciemno.

Już po kilku kolejnych metrach nowo odkrytego odcinka wiem, dlaczego miejscowi łowią z pontonu. Brzeg w tym miejscu jest prawie niedostępny dla wędkarza.

Idę wzdłuż brzegu. A właściwie kilka metrów od niego, bo dostęp skutecznie blokuje gęsta roślinność przypominająca amazońską dżunglę. Wysokie rośliny pełne kolców, za nimi trawa i trzciny, a przed samą wodą jeszcze metr albo dwa bagna.

Nade mną rosną wysokie, gęste drzewa, których korony zwisają prosto nad wodę. Krajobraz wygląda jak z bajki. Piękny, dziki i niemal nietknięty przez człowieka. Tylko że dla wędkarza to prawdziwa dżungla nie do przejścia.

Sama woda dla spinningisty to istny tor przeszkód. Tuż przy brzegu ciągnie się pas gęstej wodnej roślinności. Lilie wychodzą nawet na metr, a miejscami dwa metry od brzegu. To idealne miejsce zarówno dla drapieżnika, jak i dla białej ryby.

Patrzę na ten przybrzeżny pas i od razu myślę o linach. Takie miejsca muszą im odpowiadać. Widzę też oczami wyobraźni wszystkie zaczepy, które mogą kryć się pod wodą. To właśnie one sprawiają, że nie potrafię rzucić przynęty w pierwsze okno, do którego z takim trudem udało mi się dotrzeć.

Już wcześniej widziałem z daleka te lilie, dlatego tym razem zmieniłem taktykę. Zamiast cięższego zestawu zabrałem lżejszy spinning. Do plecaka wrzuciłem kilka małych pływających woblerów i niewielkie gumki. W głowie miałem tylko jedną myśl. Może właśnie takie przynęty pozwolą mi oszukać tę rzekę i nie zostawić wszystkiego w podwodnych zaczepach.

Po kilku kolejnych metrach znajduję następne okno. Ktoś już tu wcześniej łowił. Zostały po nim dwa patyki wbite w ziemię jako podpórki pod wędki. To na pewno nie był spinningista.

Już wiem, że kiedyś tu wrócę. Z tyczką, spławikiem i grubą żyłką. To miejsce aż prosi się o spokojniejsze łowienie.

Dzisiaj mam jednak spinning. Oddaję kilka rzutów w stronę przeciwległego brzegu. Staram się omijać lilie, a czasem nawet delikatnie przeskoczyć nad nimi przynętą.

W głowie pojawia się jednak jedna myśl. Co będzie, jeśli właśnie teraz uderzy drapieżnik i w pierwszym szale zejdzie na dno, prosto pod twarde liście i grube łodygi lilii?

Na kołowrotku mam plecionkę, a na końcu wolframowy przypon. Teoretycznie powinno wystarczyć. Tylko że teoria nad wodą często przegrywa z rzeczywistością. Z poprzednich wypraw dobrze pamiętam, jak twarde są łodygi lilii i jak szybko potrafią zakończyć spotkanie z rybą.

W takim miejscu nawet wygrany hol może bardzo szybko zamienić się w kolejną urwaną przynętę.

Kolejny rzut ląduje na otwartej wodzie. Prowadzę przynętę spokojnie i jakieś pięć metrów od brzegu czuję wyraźne puknięcie.

Odruchowo zacinam.

Nic.

Fałszywe branie. A może uderzyłem w coś pod wodą? Tego już się nie dowiem. Równie dobrze ryba mogła tylko szturchnąć gumę. Okonie czasami tak robią. Nie zawsze od razu zasysają zdobycz. Potrafią najpierw uderzyć w nią z boku albo od tyłu, jakby sprawdzały, czy warto zaatakować.

Prowadzę przynętę dalej i po chwili jest pierwszy zaczep.

Okazuje się, że pod wodą leży całkiem sporo starych drzew i gałęzi. Nie są to drobne patyki, które można wyrwać siłą. To solidne przeszkody, których nie byłbym w stanie wyciągnąć na brzeg nawet gdybym chciał.

Próbuję wszystkiego. Zmieniam kąt, luzuję plecionkę, szarpię delikatnie i trochę mocniej. Bez skutku.

Będzie pierwsze rwanie.

Po chwili guma i przypon zostają w wodzie.

Tak, trafiłem na trudny odcinek rzeki.

Nie poddaję się jednak. Jestem uparty i przyszedłem tutaj tylko w jednym celu. Nie zamierzam wracać na tarczy.

Sięgam do pudełka, dowiązuję nowy zestaw i ruszam dalej.

Ruszam dalej wzdłuż brzegu w poszukiwaniu kolejnego okna. Na całym tym odcinku znajduję ich zaledwie pięć. Co gorsza, tylko z czterech jestem w stanie oddać sensowny rzut.

To niewiele.

Bez pontonu albo łodzi spinningista ma tutaj naprawdę ciężkie zadanie. Z każdym kolejnym metrem coraz lepiej rozumiem, dlaczego miejscowi wybierają właśnie taki sposób łowienia.

Miejsca, które udało mi się znaleźć, wręcz idealnie nadają się pod tyczkę albo bata. Wystarczy usiąść i łowić punktowo. Zresztą ślady takich wędkarzy już wcześniej znalazłem. Dwa patyki wbite w ziemię jako podpórki nie pojawiły się tam przypadkiem.

Spinning z brzegu jest tutaj walką o każdy metr dostępnej wody. Dopiero łódź albo ponton dają prawdziwą szansę, żeby dotrzeć do miejsc, w których między liliami, trzcinami i zwalonymi drzewami czają się drapieżniki.

Od połowy drogi pogoda zaczyna się zmieniać. Przyjemny wieczór powoli ustępuje miejsca dusznemu i bezwietrznemu powietrzu. Niebo wciąż pozostaje czyste. Nie widać nawet jednej chmury. Deszczu się nie spodziewam, ale w Holandii nauczyłem się już, że wszystko jest możliwe.

W końcu dochodzę do miejsca, gdzie kończą się drzewa. Zamiast nich pojawia się coś na kształt małej sawanny. Wysoka trawa i pas trzcin ciągnący się wzdłuż brzegu tak daleko, jak sięga wzrok.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu widzę większy kawałek otwartej wody. Nie ma tutaj lilii. Nie ma zwisających nad wodą gałęzi. Wydaje się, że właśnie takie miejsce powinno dawać największą szansę na spotkanie z drapieżnikiem.

Patrzę na powierzchnię i zauważam drobnicę.

Nagle małe stado rybek wystrzeliwuje z wody. Każda w inną stronę.

Sekundę później słyszę głośny chlupot.

Szczupak.

Ogromny.

Widzę go tylko przez ułamek sekundy. W czasie ataku wynurza się niemal do połowy z wody. Wystarczy chwila, żeby zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Widzę go.

I jestem bezradny.

Stoję po drugiej stronie pasa trzcin, zbyt daleko, żeby oddać skuteczny rzut. Patrzę na miejsce, w którym przed chwilą eksplodowała woda, i nie mogę zrobić absolutnie nic.

Nie przeklinam.

Nie złoszczę się.

Stoję tylko przez chwilę i półgłosem mówię do siebie jedno słowo:

Łódka.

W tej chwili nie mam na niego szans. Drapieżniki są poza moim zasięgiem.

Patrzę jeszcze przez chwilę na wodę, ale wiem, że niczego to nie zmieni. Bez łodzi albo pontonu nie jestem w stanie dotrzeć do miejsc, w których polują.

Jednak wrócę tutaj.

Nie ze spinningiem. Przynajmniej nie następnym razem.

Wrócę z batem, grubszą żyłką i spławikiem. Zacznę od tego okna z wbitymi w ziemię podpórkami. To jeden z najważniejszych śladów, jakie znalazłem podczas tej wyprawy. Ktoś wcześniej uznał to miejsce za warte poświęcenia czasu i mam przeczucie, że nie zrobił tego bez powodu.

Może nie będzie widowiskowego ataku szczupaka na woblera. Może nie zobaczę eksplozji wody ani charakterystycznego uderzenia drapieżnika.

Ale sprawdzę, co bierze na białego robaka.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry